Właśnie mijają 3 lata od kiedy założyłam aparat ortodontyczny i moja przygoda z nim powoli dobiega końca. Zostało kilka kosmetycznych poprawek. Podzielę się dziś z wami moimi wrażeniami po tym czasie oraz zapraszam do przeczytania notki sprzed dwóch lat, w której więcej na temat mojego aparatu i moich odczuć w tamtym czasie. A trochę się jednak zmieniło...
Moja ortodontka zachorowała i na kolejne wizyty trzeba było umawiać się telefonicznie. I tu pojawił się "problem". Bo jak to ja - nie zadzwoniłam. I tak minął miesiąc.. i kolejny... i następny. "Zadzwonić pod koniec kwietnia". I mamy PAŹDZIERNIK! O losie... pani doktor mnie zabije!
Po pół roku zasiadłam na fotelu. Przez taki czas bardzo dużo może się "zepsuć", jednak u mnie zgryz został nienaruszony. YAY! Ale tu się kończą dobre nowiny. Po tym czasie moje dziąsła odzwyczaiły się od wszelkiego rodzaju modyfikacji, więc już zaginanie drutów nie należało do przyjemnych. A potem było tylko gorzej :D przypomniałam sobie jak to było, kiedy nie mogłam jak człowiek zjeść bułki i leciałam wyłącznie na rozmokłych płatkach i jogurtach. Na szczęście nie trwało to długo!
W każdym razie...
Co zauważyłam przez ten czas?
Na pewno to, jak tragicznie popsuły mi się zęby... Zawsze miały do tego tendencję, ale mam paskudne wrażenie, że z aparatem idzie to znacznie szybciej i co gorsza... w widocznych miejscach. Wstyd mi się uśmiechnąć. Do tego oczywiście dochodzi paskudna nadwrażliwość. Moje podejście do lodowatej sałatki skończyło się leżeniem odłogiem na ziemi we łzach. A wszystko przez jedną małą dziurkę w lewej dolnej trójce!
Czy są "prostsze"?
Będę szczera - wiele zmian nie widzę, bo już po roku miałam wrażenie, że aparat nadaje się do zdjęcia :D cały czas się zastanawiam, czemu go jeszcze mam. Ale wiadomo - ortodonta widzi więcej.
Przyzwyczaiłam się?
Hm. Wciąż mam wrażenie, że nie do końca... Na pewno nie odczuwam go już tak bardzo, jak wtedy, ale nie mogę powiedzieć, że go nie czuje. Jednak nauczyłam się nie zwracać na niego uwagi.
Pisałam też, że...
Wiele razy słyszałam że jedzenie mniej wchodzi między zamki - ciężko mi powiedzieć. Bardzo możliwe że tak jest ponieważ nigdy nie miałam z tym żadnego problemu :).Wtedy ciężko mi było powiedzieć, bo ciągle miałam problem z jedzeniem nieco twardszych rzeczy, etc. Teraz śmiało mogę powiedzieć - gunwo prawda :D. Najzabawniej jest po zjedzeniu sushi! Ryż. Ryż wszędzie! Spoko są też pieczarki - bardzo fajnie kleją się do zamków! Zjadłam kiedyś bardzo klejącą krówkę, myśląc, że jest to krucha krówka. Wyciągnęłam sobie drut z pierścienia. Orzeszki też są git - fajnie boli jak sie wkleszczą pod drut i "zepsują" dziąsło (tak, wiem, że nie można jeść twardych rzeczy... ale orzeszki są takie pyszne!). Mak to raj dla każdego zęba, a w przypadku aparatów raj również dla zamków.
Podsumowując!
Pare dni temu wykrakałam, że dawno nic się nie wydarzyło, więc w niedziele obudziłam się z jakimś dziwnym spuchniętym podrażnieniem od wewnętrznej strony dolnej wargi ¬_¬ ale co to dla mnie!
Jak się okazało - nie taki aparat straszny jak go opisują! Mam nadzieję, że niedługo będę mogła podzielić się z wami relacją ze ściągania tego ustrojstwa :)
Trzymajcie sie ciepło! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz